Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 26 stycznia 2017
Dekret (nie) ważny
Ja
Żiżka von Mikser
Pani niełaskawie wam panująca
Na mocy, którą sobie nadałam
Oznajmiam!
Że dekret, który ogłosiłam dnia 31 grudnia ubiegłego roku - czyli wczoraj - zostaje rozerwany na strzępy, to jest unieważniony, z racji tego, że byłam pod lekkim wpływem napojów umilającym nam szare życie.
Nie, od razu odpowiem na pytanie, to nie był bimber! Ani samogon.
Ktoś tak wysoko urodzony jak ja, nie pija tak przyziemnych trunków
Nie, osoby które towarzyszyły mi w uroczystości, proszone są o opuszczenie sali i zamknięcie ryjów na kłódkę, pod karą śmierci, bądź dłuższego pobytu w lochu.
Dziękuję.
Wracając do tego, co wszystkich powinno interesować... Anuluję wszystkie rozporządzenia z dnia wczorajszego. Nakaz chodzenia tyłem klepiąc osobę z prawej po ramieniu, a z lewej po tyłku, jako sposób poruszania się komunikacją miejską uznaję za nieważny. Oczywiście, możecie dalej to praktykować, ale wątpię, żeby takie zachowanie zyskałoby aprobatę, zwłaszcza osób z waszej lewej strony... Tak więc... To tylko tyle co zdążyłam wymyślić. Ku waszemu zachwytu, jak mniemam.
Posiedzenie uważam za zamknięte!
Turystów z Bangladeszu zapraszam na darmowy poczęstunek w holu. Zwiedzanie mego, nieskromnie mówiąc, olśniewającego przybytku rozpocznie się, gdy okoliczne dzwony zagrają na "anioł pański".
Proboszczu, proboszcz nie ma tu nic do gadania! Chyba, że opinia publiczna ma doznać twych wielce olśniewających pomysłów na reformację Kościoła. Czego, chwała Żiżce!, nie wzięłam na serio i nie uchwaliłam.
Jesteście wolni! Idźcie głosić moją chwałę!
Czołgiem!
piątek, 21 października 2016
Wschód
- Nic nie potrafię!
Kolejna strużka krwi spłynęła po policzku.
Ręce chwyciły blat stołu.
Palce pobielały.
- Mój każdy pomysł jest...
oczy nerwowo przebiegły po pokoju
... do chrzanu!
Stół z łomotem przewrócił się na bok, zwalając wszystkie papiery, jakimi był pokryty. Postrzępione i pogryzdane kartki bajecznie wirowały wokół.
Kolejna kropla posoki kapnęła na podłogę. Pacnięcie wydało się głośniejsze od rumoru, który rozdarł przed chwilą ciszę.
- Co mam zrobić?
Pytanie powędrowało wściekle do wszystkich zakamarków szarości.
Jednak to nie wystarczyło, by je obudzić.
- Co mam zrobić?
Zlepek liter ponownie uniósł się w powietrzu.
Nagła światłość.
- Słońce wzeszło - nikły uśmiech zagościł na pozlepianej krwią twarzy
- Tyle na nie czekałem!
A ono zjawiło się przed samym końcem.
Dlaczego?
Cienie zatańczyły szyderczo na ścianach.
Dysku Słoneczny, chwalimy Cię!
Dysku Słoneczny, błogosławimy Cię!
Dysku Słoneczny, wielbimy Cię!
Dysku Słoneczny, obłaskawimy Cię!
Dysku Słoneczny, zniewolimy Cię!
Dysku Słoneczny, wykorzystamy Cię!
Albowiem wielka jest chwała Twoja!
Nigdy stąd nie ucieknę.
Słowa te w kółko szalenie błądziły w jej myślach. Kolejny potok łez spłynął po zmęczonej twarzy.
Dziewczyna pełzła na czworaka opierając się o ścianę.
To się nigdy nie skończy.
Mroczny korytarz wywoływał w niej lęk i płacz.
Nagle ramię dziewczyny runęło w pustkę, a ona zderzyła się z podłogą.
Otworzyła oczy.
Pod oknem stał Artysta.
Szarość pokoju powoli poddawała się promieniom słońca.
wtorek, 27 stycznia 2015
wiedźmini bonusik ;)
Białowłosy zawył z bólu. Zębiska smoka jeszcze mocniej zacisnęły się na jego ramieniu.
-Callis! Ty wredna bestio, zostaw! Na polanę pędem wbiegł chłopak.
Stwór spojrzał na niego ze skruchą i ułożył pod jego stopami.
- O rany! Prawdziwy wiedźmin! - młodzieniec przykucnął przy nieznajomym - Czy wszystko gra?
Zaraz jednak ugryzł się w język. Raczej nie może być dobrze, gdy wiedźmin krzyczy wniebogłosy.
Szybko wyjął z plecaka magiczne specyfikalia, te lecznicze i te procentowe na uśmierzenie bólu.
- Jestem Vidalgo, a ty?
Zabójca wszelkich gadzin spojrzał na niego mętnymi oczyma.
_ Ggg... Geralt... Geralt z Rivii. Zemdlał. Vidalgo też, tyle że z podniecenia. Przecież nie co dzień przydarza się coś takiego.
Tylko smok zafrasowany całym tym zdarzeniem, głupio wykrzywił pysk w uśmiechu.
Pełnia już jutro!
"opis" Callis'a dla Vidalgo
-Callis! Ty wredna bestio, zostaw! Na polanę pędem wbiegł chłopak.
Stwór spojrzał na niego ze skruchą i ułożył pod jego stopami.
- O rany! Prawdziwy wiedźmin! - młodzieniec przykucnął przy nieznajomym - Czy wszystko gra?
Zaraz jednak ugryzł się w język. Raczej nie może być dobrze, gdy wiedźmin krzyczy wniebogłosy.
Szybko wyjął z plecaka magiczne specyfikalia, te lecznicze i te procentowe na uśmierzenie bólu.
- Jestem Vidalgo, a ty?
Zabójca wszelkich gadzin spojrzał na niego mętnymi oczyma.
_ Ggg... Geralt... Geralt z Rivii. Zemdlał. Vidalgo też, tyle że z podniecenia. Przecież nie co dzień przydarza się coś takiego.
Tylko smok zafrasowany całym tym zdarzeniem, głupio wykrzywił pysk w uśmiechu.
Pełnia już jutro!
"opis" Callis'a dla Vidalgo
niedziela, 7 grudnia 2014
Przesłuchanie
- Słuchaj – szef spojrzał mi w oczy – Jesteś jednym z najlepszych, żadne ze zjaw się ciebie nie imają. Dlatego wyznaczyłem ci to zadanie. – skrzywiłem się, wątpię bym uszedł stąd żywy – Chłopie, dla nas najważniejsze są informacje jakie z niej wyciągniesz. A teraz idź! - pchnął mnie w kierunku blaszanych drzwi. Strażnik otworzył je i szepnął słówko otuchy. Odpowiedziałem mu skinieniem głowy. Wszedłem do ciemnego, małego pomieszczenia. Na samym środku siedziała młoda dziewczyna. Patrzyła się na mnie obojętnym wzrokiem. Przy ścianie stało mosiężne dębowe biurko, a na nim lampka i mały odbiornik, lecz nigdzie nie było papierów. Podszedłem do skraju biurka i kliknąłem przycisk na odbiorniku.
- Wiecie może gdzie się podziały karteczki? – spytałem spokojnie i usadowiłem się w niewygodnym fotelu.
Po chwili usłyszałem niewyraźne- Już ci niesie. – Otworzyły się drzwi. Do środka wszedł młody chłopak. Nerwowym spojrzeniem omiótł salę. Położył, lub wręcz rzucił mi teczkę na blat i pospiesznie się wycofał. Kiedy już jego ręka spoczęła na klamce, zaczął się trząść w agonii. Z ust toczyła mu się ślina, a po chwili upadł, uderzając głową o ścianę. Z nosa trysnęła krew. Przez moment patrzyłem jak z jego oczu znika ostatni blask życia. Przeniosłem wzrok na przesłuchiwaną. Ta uśmiechnęła się smutnie. Wziąłem niewielką kupkę kartek i przeleciałem je wzrokiem. Wiele pytań, na których nie ma odpowiedzi. Dobra, spróbujmy. Raz kozie śmierć. Poprawiłem się w fotelu.
- Zacznijmy przesłuchanie. Będę pani zadawał pytania, a pani ma na nie zwięźle odpowiadać. Rozumie pani? – Powolnie skinęła głową. – Dobrze. Czy te...hmm... zdolności towarzyszą pani od dawna? – Ponownie skinęła głową. – Proszę odpowiedzieć słownie. – wzięła wdech i gorączkowo odgarnęła włosy z czoła.
- Odkąd tylko pamiętam. – powiedziała cicho. Wpisałem odpowiedz do notatnika.
- Czy pani robi to umyślnie?
- Nie! – krzyknęła rozpaczliwie – Nigdy! To nie moja wina! Wszyscy których kochałam też odeszli, czy ja mogłabym to robić specjalnie? – łzy spłynęły jej po policzkach. Wyglądała przerażająco smutnie. Zrobiło mi się bardzo żal.
- Ej, chłopie! Dychasz? – z zamyślenia wyrwał mnie skrzeczący odgłos radia. Wcisnąłem guzik. – Wszystko w porządku. – usłyszałem tylko zduszone przekleństwo. Nie zwróciłem na nie uwagi. Jeszcze raz przyjrzałem się papierom. Nigdzie nie ma informacji o jej imieniu. To przecież głupie. Powinienem to od razu zauważyć. Zaraz skoryguję błąd.
- Przepraszam, że dopiero pytam, ale jak pani ma na imię? – spytałem grzecznie. Ona uśmiechnęła się blado, w jej oczach zalśnił chory blask.
Zwą mnie okrutnym aniołem mroku,
bardzo trafne to określenie.
Sprawiedliwość jest w mym oku.
A niesienie zguby, to moje polecenie.
Światło wam ludziom zabieram.
Dostęp do nieśmiertelności grodzę.
Miłość, szczęście i nadzieję odbieram,
Nieszczęście, płacz i lamet rodzę.
Nie znam pojęcia miłości,
jestem niewidocznym duchem.
Więc nie okazuje nikomu litości.
Bo ja jestem morowym podmuchem.
Nie pominę żadnego człeka,
Przejdę przez najwyższe góry.
Nie powstrzyma mnie żadna rzeka.
Ani najmocniejsze mury.
Jestem każdą wojną,
przede mną nie ma ukrycia.
Dla mordu jestem krową dojną,
wrogiem dla wszelkiego życia.
Jestem prawdziwym głodem,
losu niefortunnym kołem,
i ciemności pierworodnym płodem,
bladym i wychudłym aniołem.
Jestem pierwszą i ostatnią zarazą.
Dotykam każdego, starego i młodego.
Jestem pierworodną skazą,
dla rodzaju ludzkiego
Jestem śmiercią, niszczycielką światów.
Pogromczynią radości i czerwonych róż.
Władczynią smutku, i grobowych kwiatów.
Zwiastunem wszystkich burz.
***
Stary Kwiatkowski wszedł do pokoju. Rozbryzgana krew to dla niego normalka, lecz pierwszy raz spotkał się z aż taką plamą juchy i mózgu na ścianie. Zamoczył szmatkę w wodzie i zaczął wycierać ścianę, mrucząc pod nosem.
Sen
Sen.
Ognista łuna przeszyła niebo.
Moim krokom towarzyszy krzyk.
Krzyk ludzi biednych i bogatych, starych i młodych, a każdy napełniony jest bezgraniczną rozpaczą.
Śmierć nie wybiera.
Twarze zabitych wirują mi przed oczami.
Moje nogi stanęły na mokrej i gnijącej ziemi.
Kołyszą nią fale.
Jestem na jednym ze zmarłych, płynącym przez morze szkarłatnej krwi.
Podnoszę głowę.
Niebo goreje.
Na czarnych chmurach płoną stosy, a na nich winni i niewinni ludzie.
Śmierć nie wybiera.
Kroczę dalej w błocie, w kałużach posoki, w ludzkim strachu.
Na drzewach wiszą wisielce, a kruki wyjadają im wnętrzności.
Kroczę dalej pośród zabrudzonych ruin, dawnej pięknej świątyni wypełnionej złotem, gdzie pozostały tylko zgliszcza wyznawanych tam bogów.
Przekraczam bramę miasta.
Potępieńcze jęki cichną, nie ma już żadnej żywej duszy.
Moja też od dawien dawna gnije, zaschnięta krew brudzi i pochłania wydobywające się z niej światło.
To jest sen.
Czy będzie trwał wiecznie?
Oryginalna wersja: 1 2
Ognista łuna przeszyła niebo.
Moim krokom towarzyszy krzyk.
Krzyk ludzi biednych i bogatych, starych i młodych, a każdy napełniony jest bezgraniczną rozpaczą.
Śmierć nie wybiera.
Twarze zabitych wirują mi przed oczami.
Moje nogi stanęły na mokrej i gnijącej ziemi.
Kołyszą nią fale.
Jestem na jednym ze zmarłych, płynącym przez morze szkarłatnej krwi.
Podnoszę głowę.
Niebo goreje.
Na czarnych chmurach płoną stosy, a na nich winni i niewinni ludzie.
Śmierć nie wybiera.
Kroczę dalej w błocie, w kałużach posoki, w ludzkim strachu.
Na drzewach wiszą wisielce, a kruki wyjadają im wnętrzności.
Kroczę dalej pośród zabrudzonych ruin, dawnej pięknej świątyni wypełnionej złotem, gdzie pozostały tylko zgliszcza wyznawanych tam bogów.
Przekraczam bramę miasta.
Potępieńcze jęki cichną, nie ma już żadnej żywej duszy.
Moja też od dawien dawna gnije, zaschnięta krew brudzi i pochłania wydobywające się z niej światło.
To jest sen.
Czy będzie trwał wiecznie?
Sen.
Idę przez ciemny las.
Na pniach wyryte są ludzkie twarze, powykrzywiane w grymasie bólu, strachu i złości.
Na poskręcanych gałęziach wiszą łachy, które wcześniej były niezwykłymi szatami chciwych kupców i rozpustnych panien.
Akompaniament krzyków i wrzasków towarzyszy mi od dawna.
Zapomniałam już jak brzmi prawdziwa cisza.
Idę dalej.
Przed siebie.
Wychodzę z lasu.
Widzę szybki nurt rzeki pełnej krwi.
Przy błotnistym brzegu uwiązana jest gnijąca tratwa, a na niej zwłoki brutalnie zamordowanej rodziny.
Idę do nich.
Śmierć która kroczy zawsze za mną już nic im nie zrobi.
Siadam przy nich i gładzę odpadającą skórę, gładzę rozpadającą się w rękach tkankę, gładzę kości, na których pozostała zaschnięta krew.
Łzy płyną z moich oczu, tworząc nowe szlaki na brudnej twarzy.
Nie, ja chcę się obudzić!
Ratuj!
Oryginalna wersja: 1 2
Subskrybuj:
Posty (Atom)